Marriott, wielki kombinat eventowy, sale z przesuwanymi ścianami. Akurat wypadło kilka kongresów w tym samym czasie. Jesteśmy na pokongresowym balu. Tańczyliśmy razem dość długo. Z czasem światła zaczęły przygasać, a ja rozpiąłem żonie guzik w sukience i zszedłem z parkietu, żeby z dziewczyną potańczyli sobie inni.

Gdy już mocno przygaszono światła i zaczęło się robić pustawo, wróciłem do mojej żony, rozpiąłem drugi guzik i jeszcze na zmianę z kilkoma panami wykonaliśmy parę okrążeń po sali.

W końcu opuściliśmy parkiet. Ostatni partnerzy mojej żony okazali się kiepskimi tancerzami, za to pojawiło się sporo ukradkowych spojrzeń i plotkowania na nasz temat. Potem długo staliśmy i gadaliśmy w foyer, a ja udawałem lekko wstawionego. Bractwo powoli się rozchodziło. W końcu zapiąłem jej jeden guzik, a potem i drugi.

Gdy było już bardzo mało ludzi, zauważyłem, że z boku przygląda się nam pewien gostek, którego nie znałem. Spojrzałem na niego i wyczekałem jego spojrzenie. Potraktował to jako zachętę i podszedł do nas.

– Dobry wieczór. Czy państwo może na kogoś czekacie?

– Tak – i objąłem od tyłu żonę stojącą przodem do niego, bujającą się z nogi na nogę w rytm muzyki i uśmiechającą bezwstydnie.

– A czy znacie tego kogoś, znaczy wiecie, kto to jest, to znaczy czy widzieliście tę osobę już kiedyś?

– Właśnie tak się zastanawiamy.

– Może mogę pomóc? Bywam tutaj czasami. Chyba byliśmy na kongresach w sąsiednich salach konferencyjnych.

– Albo raczej bankietowych – zaśmiała się żona.

– Bo znam różnych ludzi.

– O, to bardzo intrygujące, a co to za ludzie?

– Myślę, że fajni. Staram się dobierać sobie towarzystwo ludzi na poziomie.

– A to widać w takich ciemnościach?

– No, pani jest bardzo piękna. O, przepraszam, to był niezdarny komplement, to chyba wina alkoholu i późnej pory.

– Nic nie szkodzi – powiedziałem. – Noc ma swoje prawa.

– Komplement na koniec dnia zawsze jest miły. Nie gniewam się – odpowiedziała żona. Po czym dodała, stając już trzeźwo na swoich nogach: – Teraz to ja przepraszam za swoje zachowanie. Wcale nie byłam wstawiona. To bardziej z powodu późnej pory i nastroju niż alkoholu.

– O, to teraz ja przepraszam, jeśli państwo tak to odebraliście.

– Jesteśmy mało pijący – dodałem. – Myślę, że nasi znajomi z kongresu bardziej – i pokazałem wzrokiem po pustoszejącej sali z kilkoma osobami wolącymi raczej nie wstawać o własnych siłach z klubowych foteli.

– Faktycznie, niektórzy nie mają pomysłu, co zrobić z wolnym wieczorem – przytaknął.

– No właśnie, a rozejść się szkoda, bo cały dzień był bardzo owocny – dodała żona.

– Przyciągnęliście państwo moją uwagę, bo pana żona wspaniale tańczyła.

– Tak, to prawda, żona jest świetną tancerką i umie się bawić w tańcu. Myślałem, że dobrze zabawi się na parkiecie z naszymi znajomymi… – zawiesiłem głos.

Nieznajomy podchwycił sugestię:

– Tak, widziałem, ale wasi znajomi robili to bardzo niezdarnie, mając pana żonę w swoich objęciach.

– Co robić. Takie życie – zaśmiała się żona.

– Bo jeśli się z kimś konkretnie umówiliście, znaczy na kogoś czekacie, to nie chciałbym się narzucać.

– Spoko – zapewniłem. Po czym zwróciłem się do żony: – Umawialiśmy się z kimś konkretnie?

– No właśnie nie wiem, czy z kimś konkretnie, czy z kimś konkretnym – wybuchnęła śmiechem żona, robiąc głupią minę. Po czym zaraz spoważniała: – Przepraszam, chyba nastrój balu znów mi się przypomina.

– Ale chyba jeszcze nie pora iść spać, kochanie. – Po czym dodałem do Nieznajomego: – Żona jest jeszcze niedopita – i przesunąłem ustami po jej szyi, odsłaniając włosy opadające na ramiona.

– On tak zawsze – powiedziała ze śmiechem do Nieznajomego. – Tak naprawdę, to ja prawie w ogóle nie piję. – Po czym zwróciła się w moją stronę: – Chyba że wy macie ochotę…

– No właśnie – podchwycił Nieznajomy. – À propos tego towarzystwa, które nie może się rozejść. Jestem tu z kolegą z pracy, moim bardzo dobrym kumplem jeszcze z dzieciństwa. Właśnie się rozszedł z żoną, właściwie to ona go zostawiła… I gdzieś mi się tutaj zapodział. Właśnie szukałem baru, gdy natrafiłem na waszą wspaniałą parę. Boję się, żeby chłopak jakichś głupot po alkoholu nie narobił. Bo w ogóle to jest świetny facet.

– Oj, to trzeba go ratować – podchwyciła żona.

– Bar jest na parterze – zauważyłem.

Żona spojrzała się pytająco na nas obu.

– Dobra, lecimy. Nie ma czasu – podjąłem decyzję.

Zatrzymaliśmy się w lobby, nieco w cieniu i obserwujemy przez szybę wnętrze baru. Nieznajomy wskazał nam na kolegę, który z kieliszkiem w dłoni właśnie rozmawiał z jakąś laską, której strój ewidentnie zdradzał wykonywaną profesję. Jak się okazało, pertraktacje wkrótce się skończyły, bo panienka odeszła, a koleś zaczął się bezradnie rozglądać wokoło.

– Boże, pana kolega zaraz się stoczy, przecież to dziwka, a nie jakaś wolna laska z kongresu – powiedziała z troską w głosie moja żona.

– Dobra, kochanie, trzeba działać. Leć tam i go wyciągnij, a my tu poczekamy.

I ukryliśmy się w cieniu za filarem, ale zdążyłem jeszcze przedtem spojrzeć znacząco na Nieznajomego.

Następny kwadrans obserwowaliśmy scenę w milczeniu. Gadali, gadali i gadali. Koleś był bardzo zainteresowany moją żoną, ale stał jak słup soli. Przeszli się dwa razy po barze, żona pokręciła się niby przypadkiem przed nim, żeby mógł ją sobie dokładnie obejrzeć z każdej strony, a miała na sobie obcisłą sukienkę, i… nic. W międzyczasie poszła do toalety tylko po to, by gdy wracała, mógł ją sobie z daleka jeszcze raz całą obejrzeć. Skutek był taki, że kolo się wreszcie podjarał i zaczął wokół niej krążyć jak meteor, a to ją czymś częstując, a to żywo gestykulując, krótko mówiąc – rozkręcił się, ale ani razu jej nie dotknął. W końcu żona przeprosiła go na chwilę, pokazała na kartę telefoniczną (wtedy jeszcze nie było komórek) i wyszła drugą stroną. Straciliśmy ją z pola widzenia…

Nagle pojawiła się w mroku za naszymi plecami.

– No i co? – pytamy.

– No i nic. Facet jest niereformowalny.

– Ale o czym gadacie?

– A jak myślisz? Facet cały czas nadaje o swojej żonie.

– O cholera, chyba nic z tego nie będzie.

– Ale on o niej strasznie napierdziela i cały czas mówi, że ja jestem sto razy lepsza od jego żony.

– Żeby się nie zakochał.

– Nie o to chodzi. Tam w ogóle nie poszło o seks. Chyba poleciała na kasę.

– To nie możesz go jakoś sprowokować? O już, wiem. Zdejmij majtki. Jak zobaczy błysk w twoich oczach, może da się wyprowadzić.

– A ty myślisz, że po co ja leciałam do łazienki? Otarłam się potem o niego gołym biodrem przez sukienkę, żeby wyczuł, że nie mam nic pod spodem, ale on patrzy mi cały czas w oczy.

– To rozepnij guzik od sukienki i spróbuj, żeby ci patrzył… w serce?

– No, chyba tylko to mi zostało…

I pobiegła.

Ufff… Udało się, po pięciu minutach wychodzą, my chowamy się za kolumną, a oni wędrują na górę do pokoju. Odczekaliśmy kolejne pięć minut, teraz jesteśmy już na piętrze i wchodzimy bez pukania, no bo w sumie Nieznajomy wchodził do swojego pokoju.

Żona i ten koleś odskoczyli od siebie. Ale cały czas ubrani, nie licząc tego guzika.

Przedstawiam mu moją obecną tam żonę, he he, więc jest jeszcze gorzej dla niego. Tłumaczymy, że się rozdzieliliśmy i pana szukamy. Że dokładnie żonie opisaliśmy pana wygląd i powiedziano nam na dole, że właśnie tu jesteście.

Że znam całą sytuację, że zostawiła go okropna kobieta, po czym skłamałem, że z Nieznajomym to my się znamy od dawna, że spotkanie po latach, to nasz stary kolega, a w ogóle to żona jest świetnym psychologiem i że nic się nie stało (dałem żonie w międzyczasie znak, który w mig wyłapała) i dalej mówię, że chyba trochę kobiecego ciepła w tej sytuacji panu nie zaszkodzi (pokazuję wzrokiem na zadartą z boku kieckę, którą żona szybko przed sekundą podwinęła), że wszystko w porządku, rozluźniamy atmosferę i wszyscy (oprócz tego gostka) się śmiejemy.

Następnie wymyślam na poczekaniu, że tam na dole właśnie tak zastanawialiśmy się, żeby pan przypadkiem nie nabrał teraz w ogóle niechęci do kobiet, że pana kolega radził się nas, jak by tu pana ratować, a moja żona ma naprawdę bardzo dużo kobiecego ciepła i lubi pomagać, szczególnie w nietypowych sytuacjach. Już taka jest – do serca przyłóż, i za to ją uwielbiam. Każdemu by pomogła w potrzebie.

Rozsiedliśmy się w fotelach, a ja wziąłem żonę na kolana i zacząłem głaskać po nogach. Uśmiechamy się do kolesia, szczególnie moja żona. Kolo zaczyna pomału dochodzić do siebie, ale nadal jest mocno zdezorientowany.

Ponieważ od Nieznajomego wcześniej dowiedziałem się, że są stąd, z Warszawy, a pokój wynajęli tak na wszelki wypadek, to brnę dalej, że chyba wszyscy się znamy, że kiedyś tam, taka balanga na Jelonkach, jeszcze w liceum, chyba tam się poznaliśmy. Chyba ostro było (zaraz się poprawiłem – wesoło było).

– Oj wesoło było na pewno – Nieznajomy załapał błyskawicznie.

Opowiadam, że jeszcze wtedy z moim Kochaniem nie byliśmy razem, ale już coś tam się nieźle działo.

– No, mój drogi, tym tam też nieźle działałeś – wtrąciła rozbawiona żona.

No i tak od słowa do słowa wspominamy nieistniejącą balangę z czasów szalonej młodości, Nieznajomy idealnie wpasowuje się w klimat, za to drugi kolo z trudem ukrywa głupią minę, choć nie poddaje się i próbuje walczyć.

Ja z żoną i Nieznajomym nawet nie musimy sobie puszczać oka, dajemy ostro do przodu, wspominając wszystkie nierealizowane (i zrealizowane) fantazje, a dla potwierdzenia rzucamy coraz to nowymi, byle popularnymi imionami, dla uwiarygodnienia fikcji. Mówimy, że tamtej wiosny to parę takich imprezek było mniej więcej w tym samym gronie (tak, tak, ludzie byli z różnych dzielnic, ale każdy kogoś znał), i że się jakoś tak dobraliśmy, że w końcu to chyba każdy z każdym to robił. Albo prawie.

Mamy w trójkę niezłą polewkę z tego kolesia, bo z kamienną miną niczemu nie zaprzeczał.

Wyjechałem, że porobiło się prawie jak w rodzinie, że tam właściwie każdy z każdym był w parze przynajmniej na jedną noc.

– Oj, pary to się tam czasami nawet w środku nocy zmieniały – podchwycił sugestię Nieznajomy.

– Dokładnie – potwierdziłem.

Wybuchnęliśmy śmiechem, z trudem ukrywając, że dodatkowo rozbawiała nas cały czas mina drugiego kolesia. W tym momencie moja żona wyjechała z tekstem, na który już od jakiegoś czasu czekałem:

– No właśnie. Nie pamiętam, ale chyba się z panem wtedy też kochałam. Znaczy z tobą.

Nieznajomy idealnie wszedł w wątek. Teraz w trójkę przez parę minut dyskutowaliśmy już zupełnie „na poważnie”, jak to właściwie było, bo ta z tym, a potem tamta z tamtym, a potem ta pierwsza chyba z tym drugim, ale dokładnie nie pamiętamy. Nieistniejąca seria prywatek zmieniła się w poważną dyskusję nad zagadką, czy w końcu poszli do łóżka, czy nie.

– Coś mi pan, znaczy ty, znaczy kogoś mi przypominasz. No doprawdy nie wiem – po czym pochyliła się w jego kierunku i zaczęła go gładzić po torsie niby tak po omacku. – Ciemno było – dodała.

– Zastanów się, kochanie, bo to ważne – powiedziałem, z trudem hamując nawracające rozbawienie.

Żona, unosząc się z moich kolan, spróbowała przytulić się do kolesia siedzącego w fotelu obok.

– No nie wiem…, jesteś trochę podobny – powiedziała przymilnie.

– Wiecie co? Może wstańmy. Będzie łatwiej – zaproponowałem.

Już na stojąco, żona powtórnie przytuliła się do kolesia, tym razem całym ciałem i dłuższą chwilę sprawdzała.

– Zgaśmy światło – powiedziałem. – To pomoże przypomnieć tamte klimaty.

Wszyscy ochoczo przyznali mi rację. Żona, ośmielona ciemnością rozpraszaną tylko światłem dochodzącym zza okna, zarzuciła teraz kolesiowi ręce na szyję i zaczęła się w niego wtulać bardziej śmiało.

– Kochanie – wpadłem na genialny pomysł – ale ty wtedy tańczyłaś z rozpiętą bluzką.

Całe szczęście, że sukienka żony była rozpinana od góry. Moja bystra i inteligentna żona miała oczywiście problemy z guzikami i poprosiła kolesia o pomoc. Było przy tym sporo śmiechu.

– Nie śpieszcie się tak, to nowa sukienka, faktycznie guziki ciężko się jeszcze odpinają – rzuciłem w trakcie.

Dziewczyna, po wyzwoleniu jej wreszcie z tych guzików, spojrzała na nas i na swój odkryty do połowy dekolt i wzięła głębszy oddech rozbawiona. Znów, po raz kolejny, zrobiło się w naszym pokoju jeszcze bardziej miło i przyjemnie.

Po następnej chwili, która znów minęła głównie na jednostronnych rękoczynach ze strony mojej żony, tym razem Nieznajomy popchnął sprawę i zwrócił się do swojego kolegi:

– Stary, ale jak ty będziesz tak stał jak kłoda, to dziewczyna sobie nigdy nie przypomni.

– Ano… tak… – wreszcie koleś wybudził się z letargu i zaczął nieśmiało działać.

– Wiecie co, nie ma rady, trzeba przywrócić tamte klimaty, bo tak to do niczego nie dojdziemy – i poszukałem w radiu odpowiedniej muzyki.

Następne parę minut tańczyliśmy, przejmując na zmianę moją żonę i obdarowując ją różnymi rodzajami drobnych pieszczot.

Gdy wyczułem, że atmosfera już dostatecznie zgęstniała, postanowiłem przedłużyć i nasilić nasze przyjemności, i wpadłem na następujący pomysł:

– Tak…, ale w tych ciemnościach to też wiele sobie nie przypomnimy.

Panowie odsunęli łapki od mojej żony, po czym odbyliśmy bardzo rzeczową i kulturalną naradę na temat, jak to w sumie powinniśmy dalej przeprowadzić i ustaliliśmy zgodnie, że jednak światło biurowej lampki bardzo nam tu pomoże.

Żona poprawiła w tym czasie lekko potargane włosy, po czym długo i ostentacyjnie poprawiała na naszych oczach pomarszczoną sukienkę, zalotnie i głupio się do nas uśmiechając. Guziki pozostały oczywiście rozpięte. Znów zaczęliśmy tańczyć, wymieniając się co chwila moją żoną, a w tym czasie dwaj pozostali w skupieniu (niewątpliwym) i z uwagą (równie niewątpliwą) obserwowali pieszczącą się, tańczącą parę, „próbując sobie coś przypomnieć”.

– Kochanie, ty chyba mu jakoś tak rękę pod koszulę wtedy wkładałaś… – starałem się pomóc.

– Stary, czy ty jej nie głaskałeś też tak bardziej od tyłu? – doradzał koledze Nieznajomy.

Drugi Koleś – nazwijmy go już tak, wielką literą, w naszej opowieści – nieco skrępowany, z początku skupiał się na bardziej „bezpiecznych” częściach ciała mojej żony, ale w miarę naszych życzliwych uwag zaczął w końcu na zmianę albo dotykać jej piersi w dekolcie, albo pociągłymi ruchami dłoni zapoznawać się z krągłościami jej bioder i górnej części ud. Żona oczywiście przytakiwała co chwila: „tak tak, proszę bardzo”. Na nieco więcej pozwalał sobie Nieznajomy, buszując w jej kręconych włosach i całując delikatnie w szyję, lub też gładząc moją żonę po płaskim brzuchu i z czasem schodząc coraz niżej.

Staraliśmy się po prostu z Nieznajomym demonstrować Drugiemu Kolesiowi, oczywiście z poważnymi minami, różne rodzaje pieszczot na mojej żonie, która robiła w tym czasie za rozkoszną modelkę. Ustaliliśmy bowiem wspólnie, że żona powinna się z całym zaangażowaniem poddawać tym pieszczotom w celu, jak to ujęliśmy: „jak najwierniejszego oddania nastroju tamtej balangi sprzed lat”.

– O, zobacz – powiedziałem przy kolejnej wymianie do mojego następcy – jak tutaj przysuniesz, to ręka tak fajnie wchodzi w ten rowek u nasady jej pośladków. (Żona to uwielbiała).

Ta cholerna sukienka zaczęła jednak w pewnym momencie stanowić barierę. Nie wypadało tak na chama, gdy reszta patrzy, jeździć po sukience nie wiadomo gdzie w okolicach broszki. Wpadłem jednak na pomysł:

– Ale tam, wtedy, to była chyba spódnica?

– Tak, tak – żona wyzwoliła się z objęć tancerza i opisała ją dokładnie.

Ze szczegółów zapamiętaliśmy tylko, że była przed kolana. Co robić? Po kolejnej bardzo rzeczowej (i lekko przeciąganej w czasie) dyskusji na temat ubioru mojej żony i fragmentu jej ciała od pępka do kolan poczyniliśmy w końcu odpowiednie ustalenia. Żona, co prawda, nie brała udziału w tych obradach, ale służyła nam chętnie za żywy manekin.

W końcu stanęło na tym, że sukienka będzie jednak mocno podciągnięta do góry i spróbujmy z ręką tancerza wsuniętą pod sukienkę, powiedzmy – tak ogólnie – na gołym biodrze. Bo tak będzie najwygodniej. Można wtedy będzie popieścić dziewczynę i w talii od tyłu, i jak się da, to nawet trochę po pleckach, i oczywiście będzie sobie można przypomnieć tyłeczek (to ważne w naszych badaniach, tu się wszyscy zgodziliśmy), a jeżeli sukienka nie będzie za bardzo opadać, to na pewno nam pomoże bezpośrednie przypomnienie sobie gładkości jej ud także z przodu.

– Uda to chyba całe? – zapytałem po kilku kolejkach. – Pamiętam, że któryś głaskał cię wtedy też od wewnętrznej strony.

– Tak, tak – żona, nieco skrępowana, przytaknęła. – Było chyba coś takiego.

Musiała mieć przyspieszony oddech, bo zanim to powiedziała, przełknęła ślinę.

Postanowiłem wtedy zadbać o komfort mojej żony, bo nocna lampka świeciła jednak zbyt intensywnie. Narzuciłem coś na abażur i światło lekko przygasło, idealnie do obecnego stanu dziewczyny.

Z czasem nasze ręce zaczęły schodzić coraz niżej. Nieznajomy odważył się już na delikatną palcóweczkę pod tkaniną stringów (ciekawe, kiedy założyła je z powrotem?!), ale Drugi Koleś się wahał. Żona, dotąd rozmarzona i z lekko odchyloną do tyłu głową, nagle wyprostowała szyję i powiedziała całkiem przytomnym głosem:

– Nie, nie. Znaczy tak, tak. Pamiętam, że tak było. Któryś mi na pewno wtedy tak robił.

– A, było tak?

– Tak, tak. Było coś takiego.

– Na pewno?

– Tak, na pewno.

– Ja też tak myślę, że było.

– A nie. Jak tak, to tak.

– W porządku?

– Tak, w porządku.

– A, to okej.

– Okej.

– Okej.

Znów przez chwilę poważna dyskusja. Wystraszyliśmy się, czy nie idziemy za ostro, ale skoro już się upewniliśmy, że moja żona to akceptuje, to nie wypadało przerywać. Teraz już wszyscy kolejno uprawialiśmy na niej przez cały czas palcówkę.

Po kilku rundkach, gdy moja żona już wyraźnie szybciej oddychała, a jej głowa mocno odpływała do tyłu, nagle się ocknęła, poszukała wzrokiem, gdzie ja jestem i powiedziała:

– Tak, tak. Teraz sobie przypominam. Na pewno wtedy mi tak robił.

Po czym znów odchyliła głowę i zaczęła odpływać.

Uznałem, że nadeszła odpowiednia pora.

– Kochanie, lepiej będzie, jak ściągniemy ci majteczki.

– Chyba tak – odpowiedziała.

Na twarzy miała już wyraźne rumieńce.

– Szkoda majteczek – dodał któryś.

– O, właśnie. Tak, tak – podchwyciła moja żona zgrabną wymówkę.

– Tu je położymy delikatnie, żeby się nie pogniotły – dodał drugi.

– O tak, dziękuję bardzo. Jest pan bardzo miły – dodała, poprawiając włosy. I jeszcze powiedziała: – To bardzo dobry pomysł – z całkowitą powagą w głosie, tak jakby los majtek miał tu jakiekolwiek znaczenie.

Uwielbiam ją. Jest idealnym przykładem kobiety, dla której wymówka to rzecz święta.

Przez następnych kilka rundek już jej nie przeszkadzaliśmy, pozwalając oddawać się rozkoszy. Tym bardziej, że widać było, jak świetnie się w tym stanie odnajduje, rozkręcając się coraz bardziej, choć nie za szybko.

No dobra, naszych rundek było kilkanaście, a podczas każdej zmiany partnera moja żona brała głębszy oddech, by za chwilę poddać się palcówce jeszcze ciut bardziej.

Przeciągała to, a za tę umiejętność mojej żony również ją uwielbiam.

W końcu ciałem mojej żony wstrząsnął dreszcz i wydała bardzo długie i głębokie westchnienie – orgazm był delikatny, ale przeciągnięty w czasie podobnie do palcówki.

Położyłem w tym momencie tylko rękę na ramieniu chłopaka, żeby zakończył gmeranie. To był Drugi Koleś – ten mniej doświadczony i za bardzo nie orientował się, kiedy przestać.

Daliśmy jej samej dojść do końca, a potem powoli zejść na ziemię. Też trwało to chwilę.

Syciliśmy się teraz jej wyglądem. Stała przed nami, niczym Wenus.

Gdy już skończyła, oparła się o nas rękami.

– O, rany – powiedziała z uśmiechem. – Chyba odleciałam za bardzo. Przepraszam.

– Nie, nie…, nic się nie stało…, wszystko w porządku – zapewniliśmy wspólnie.

Odpoczywaliśmy jeszcze chwilę.

Byliśmy teraz wyrachowanymi chamami. Żaden z nas się nie odezwał. Nie w tym momencie. Panowie wykazali się tutaj olbrzymią wyobraźnią. Takimi chwilami warto delektować się jak najdłużej w milczeniu, czekając na reakcję panienki. Im dłużej, tym fajniejsze kwiatki potrafią z panienek po czymś takim wychodzić. W końcu zmusiliśmy ją, żeby się odezwała pierwsza.

Zgodnie z naszymi oczekiwaniami była teraz bardzo skrępowana i chyba jeszcze bardziej zażenowana.

– I… co teraz? – powiedziała niepewnie, poprawiając włosy. Ale powiedziała to z takim wstydem, jak rzadko jej się zdarzało. Patrzyła oczywiście w podłogę. Wiedziała, że w tym momencie jest dla nas bardziej naga, niżby byłaby cała rozebrana. Była naga całym swoim wnętrzem. Już nie miała czego ukrywać. W pewnym sensie wiedzieliśmy już o niej wszystko, a nawet jeszcze więcej. Więcej od niej, bo widzieliśmy ją nawet wtedy, gdy sama odpływała i nie mogła nic ani kontrolować, ani tym bardziej pamiętać.

Właśnie na to czekaliśmy. Dopiero teraz można było przystąpić do ratowania zrujnowanej panienki.

Otworzyliśmy lodówkę, może jakaś przekąska, może coś do picia. Napiła się tylko wody. Rozsiedliśmy się po tym niewielkim pokoju wygodnie. Przytuliłem żonę i najpierw zaczęliśmy ją pocieszać, że to było potrzebne i pomocne, że w zaufanym gronie można sobie na coś takiego pozwolić, a potem zaczęliśmy ją również komplementować. Na końcu były te najmocniejsze komplementy – że jest taka bezpośrednia, że jak trzeba, to potrafi się otworzyć i tak dalej…

Przestawiłem radio na jakąś żywszą muzykę.

Po paru minutach rozmowy o niczym wypadało jednak dokończyć temat tego, co się przed chwilą wydarzyło. Że tak naprawdę chodziło o niewyjaśnioną sprawę tamtej balangi, bo w końcu nie wiadomo, z kim się wtedy przespała i czy to był jeden z obecnych panów.

„No tak” – wszyscy się zgodziliśmy. „Głupia sprawa”, „Ale się porobiło” itp., no ale tak wyszło, że to właśnie jest ten temat. „O rany, co za dzień, właściwie wieczór”.

Moje Kochanie odżyło w moich ramionach, po wstydzie już nie ma śladu. Zaczynamy gadać o wymyślonej balandze niczym o pogodzie. W końcu zaczynamy coś tak próbować rozwikłać na serio. Zachowujemy się, jakbyśmy zaczynali wierzyć w tę legendę, że jesteśmy starymi znajomymi i mamy tak wielu wspólnych znajomych, że trudno się połapać.

W międzyczasie zaczęliśmy chodzić po pokoju, żeby się trochę rozruszać, zastanawiamy się, czy w tym hotelu działa catering w nocy, może by przejść się do lobby… tak gadamy, aby gadać, bo nikomu tak naprawdę nie chce się ani przerywać, ani kończyć spotkania.

W końcu uznałem, że żona wróciła do formy, więc rzucam:

– A nie tańczyłaś wtedy przypadkiem z dwoma chłopakami naraz?

Nieznajomy łapie w lot (coś czuję, że zostaniemy dobrymi kumplami) i zmienia nastrój w radio na jakąś pościelówę.

Najpierw tańczę z żoną ja, potem wymieniamy się w różnych układach – trochę solo, trochę z kimś do pary, trochę w trójkę, ja powoli usuwam się na bok i pozwalam chłopakom znów „poderwać” moją żonę. Żona w tym czasie spojrzała na mnie ze dwa razy, aby się upewnić, czy wszystko gra, bo zabawa zaczynała jej się podobać. Ja za każdym razem obdarzałem ją pocałunkiem poprzedzonym głębokim spojrzeniem w oczy, potem z uśmiechem patrzyłem na nich, stojąc pod ścianą i w końcu usiadłem wygodnie w fotelu.

Jeszcze parę razy, dla zachowania pozorów, rzuciliśmy w powietrze teksty, że to wtedy, to chyba jakoś tak właśnie wyglądało, po czym pozostawiłem ją dla nich. Oczywiście pod moim czujnym okiem.

Żona, również upewniwszy się, że ją obserwuję, poddała się w końcu zabawie całkowicie.

I znów ta cholerna sukienka, w której moja żona tak bosko wygląda, ale która jest zupełnie niepraktyczna w rozbierankach. Dekolt oczywiście dawno otwarty i pieszczony, ale za ciasny, by wydobyć na wierzch biust, a w podciągniętej sukience ciężko i tańczyć, i „bawić się”, bo wciąż opada.

W końcu rozpoczynam głośno temat sukienki, że taka niepraktyczna, i że chyba za bardzo się pogniecie. Panowie znów podejmują, po raz trzeci tego wieczora, rzeczową i poważną dyskusję, że rzeczywiście szkoda sukienki, że bardzo ładna i dobra materiałowo, i gdzie ją w ogóle kupiła (jakby to było ważne), po czym zgodnie uznaliśmy, że dziewczyna właściwie nie ma się co krępować, że przecież i tak już kiedyś widzieliśmy ją rozebraną (nieprawda) i najwygodniej byłoby sukienkę zdjąć.

– Ale ja nie założyłam z powrotem majtek!

– No ale będziesz miała stanik, czyli tak samo jak wtedy (kłamałem). I masz na sobie buciki. Czyli nadal będziesz trochę porządna.

– O tak, w tym świetle niewiele widać, wszystko się rozmywa, będzie tylko lepiej widać twoją wspaniałą aurę. Resztę sobie dopowiemy w myślach – podchwycił nieoceniony Nieznajomy.

Na taki argument nie było rady. Dała sobie ściągnąć sukienkę przez głowę. Oczywiście z moim udziałem. „Nie będą ją rozbierać do naga jacyś obcy goście. To jest porządna dziewczyna. Gdy pomaga mąż, to jest coś zupełnie innego” – ustaliliśmy wspólnie.

A dlaczego przez głowę? Łatwiej było przez nogi. Wskazówka dla niekumatych – dziewczyna traci na moment oddech i zostaje z potarganymi włosami. Tak, tak, dawanie rozkoszy to również wiedza. Nie warto marnować niczego, co mogłoby panienkę dodatkowo uszczęśliwić…

Teraz stoi przed nami prawie nago. Stanika, póki co, nie ruszamy – będzie jeszcze przez chwilę „ratować jej honor”. W końcu, gdy dziewczyna oswoiła się z nową sytuacją, a w czym panowie bardzo jej pomagali kolejnymi pieszczotami, zgodziła się z uległą skromnością, że można się stanika pozbyć. Przystąpiliśmy wspólnie z panami do rozpinania haftek, oczywiście robiliśmy to specjalnie długo i dokładnie, po czym pozwoliliśmy dziewczynie, żeby stanęła przed nami i sama, na naszych oczach, opuściła najpierw ramiączka, a potem uwolniła resztę.

Ja wracam na fotel. Nie będę się pchał, mam ją na co dzień, a chłopaki są jej już naprawdę spragnieni. Tym bardziej, że przy dziewczynie zaczęło się robić ciasno od chwili, gdy jeden z nich przylgnął do niej od tyłu gołym torsem, obejmując jej piersi, a drugi przyklęknął z przodu i zaczął już sobie pozwalać na delikatną minetkę.

W tym momencie przerywam opowiadanie. Uwaga stulejarze: kodujecie teraz w mózgach następująco: anal, gangbang i biczowanie piersi. OK? I opuszczacie opowiadanie.

Reszta czyta dalej.

Dziewczynie już niewiele brakowało, więc jeszcze przez chwilę ją popieścili, poszła oczywiście z każdym w dłuższą ślinę, po czym, ośmielona, potrzymała w dłoniach ich fajki i już po chwili zaczęliśmy się z nią kochać na łóżku. Tak normalnie, na misjonarza, tyle że oparci na łokciach.

Pierwszy był Drugi Koleś. Strasznie chciał, a za chwilę również strasznie jęczał. Ledwo zdążyliśmy z Nieznajomym wymienić znaczące spojrzenia, gdy ten już się spuścił. Potem trzymał tempo równo z nami. Zmienialiśmy się rzadko, raz na parę minut, ot tak, żeby nie dojść za wcześnie, ale i żeby dziewczyny nie wyrywać za bardzo z transu. Super, podoba mi się Nieznajomy coraz bardziej, potrafi dobrze prowadzić kobietę w zależności od sytuacji. Udało nam się z nim w dwójkę szybko doprowadzić dziewczynę do stanu ciut pod orgazmem i utrzymywać ją tam na stabilnym poziomie. Drugi Koleś w sumie też OK. Szybko okazał się pojętnym uczniem.

Doszedłem w dziewczynie jako drugi i bez zbędnej zwłoki zaraz wyskoczyłem, dając wymowny znak Nieznajomemu, ale ten, widać, był już na to przygotowany, bo momentalnie zajął moją pozycję i wszedł w ten sam rytm. Rozumieliśmy się bez słów, a moje Kochanie możliwe, że nawet nie zauważyła podmiany. Drugi Koleś, który wtedy odpoczywał, pokiwał ze zrozumieniem głową.

W sumie każdy z nas kończył w dziewczynie po trzy razy, a tuż przed ejakulacją dawaliśmy znak następnemu. Po dwóch godzinach wyczułem, że moja żona przestaje wytrzymywać taką ostrą, podbramkową jazdę. Szybko pchnąłem mocniej, panowie zaraz to powtórzyli i zakończyliśmy zabawę trzema skumulowanymi orgazmami mojego Kochania.

Padliśmy obok niej wyczerpani. Daliśmy z siebie więcej niż zwykle, bo jazda była nietypowa, ale było warto. Delektowaliśmy się teraz dłuższą chwilę widokiem mojej żony wracającej powoli do rzeczywistości, podziwiając zarówno zmieniające się reakcje na jej twarzy, jak i samo rozpalone ciało.

Znaczy panowie padli, bo moja żona po paru minutach odzyskała siły, nazwijmy to – prawie w stu procentach i nieco chwiejnym krokiem udała się w stronę łazienki.

Przytuliłem ją tylko po drodze, coś tam nagadałem do ucha i dałem na pożegnanie buziaka, a panowie ochoczo pomachali. Wiadomo było, że jak wróci z łazienki, zastanie zwłoki.

Zostaliśmy w hotelu na noc, choć właściwie to zaczynało już świtać.

Poranek odbył się bez dalszych ekscesów. My byliśmy spompowani, a dziewczyna dokładnie na odwrót, czyli dopchnięta. Zamówiliśmy do pokoju śniadanie, które wypoczęci i odświeżeni zjedliśmy w czwórkę na łóżku. Żona siedziała nago, ale kołdrę cały czas podciągała pod brodę i mówiła, żebyśmy się tak na nią nie gapili, a w ogóle to jesteśmy zboczeni, bo takich rzeczy dziewczynie się nie robi. Ona chciała tylko „ratować” Drugiego. Jak to mówią: „śmiechom i radosnym rozmowom nie było końca”.

Potem poprosiła, żebyśmy się odwrócili i ubrała.

Jak zakończyć spotkanie i co dalej? Nie możemy niszczyć legendy, bo tylko ona nas łączy, a czuliśmy się razem nadal bardzo dobrze. Opuszczenie uniwersum, po którym się tak zgrabnie poruszaliśmy, nie wiadomo jaki by przyniosło skutek. I tak, od słowa do słowa, wróciliśmy do wiodącego tematu minionego wieczoru.

Żona nadal nie była pewna, z którym z siedzących teraz chłopaków wtedy się kochała, nam „oczywiście” też to nie dawało spokoju. I czy to w ogóle był któryś z nich? Bo to też nie jest takie do końca pewne.

Wtem Nieznajomy, mój dobry druh – teraz już jestem tego pewien, wypalił koncertowo:

– Wiem! To mógł być Marek!

No to dawaj… Marek, popularne imię, więc jedziemy. „A co u niego słychać?”, „A w dobrej formie”, „Też go widziałem ostatnio”, „Tak, on też tam musiał być”, „Wydaje mi się, że poszedł wtedy gdzieś z tobą, bo tańczyliście razem na pewno”.

Nie możemy tak sprawy zostawić. Trzeba ten problem rozwiązać. Może moje Kochanie następnym razem coś sobie przypomni?

Umówiliśmy się na następną sobotę, teraz już w piątkę. Będziemy pomagać mojej żonie, tak samo jak minionej nocy, żeby spróbowała sobie przypomnieć, czy ten, co ją wtedy obracał, to może był Marek? A może jednak któryś z chłopaków.

Poza tym wciąż nie wiadomo, czy wtedy poszła raz, czy dwa razy.

Ech, te rozkoszne mroki niepamięci :).

W drodze do domu, żona zapytała:

– Ty, a jak oni mieli na imię?

Wybuchnęliśmy śmiechem.

Nasze dociekania w celu ustalenia intrygującej prawdy stanęły w końcu na czterech znajomych chłopakach plus ja i moje Kochanie (bo na następnym spotkaniu wymyśliliśmy również… Tomka). Panowie do dziś starają się z pełnym poświęceniem przypomnieć mojej żonie, który to z nich najbardziej przypomina tamtego kochanka z imprezy, a żona nieustannie odwzajemnia ich zaangażowanie całą swoją… gorliwością.

Minęło już sporo lat. Żeby nie przedobrzyć, spotykamy się pięć razy do roku – w okolicach naszych imienin.

Przecież „wtedy” też były czyjeś imieniny :).

PS. Nieznajomy, okazało się, ma na imię Bartek. Rzeczywiście zakumplowaliśmy się.

Żona też bardzo go lubi…

Od autora:

Taka zabawa z wielogodzinnym podciąganiem dziewczyny prawie pod orgazm nie jest dla każdego. Panowie muszą być zdyscyplinowani, a samo wyskakiwanie natychmiast po ejakulacji niekoniecznie jest tym, o czym facet marzyłby najbardziej w danym momencie. A tutaj trzeba się szybko i sprawnie zmieniać. Konieczna jest spora samokontrola i równie duża współpraca z następcą, bo wystarczy tylko raz wypuścić dziewczynę z rytmu, czy to w górę, czy to w dół, i zabawa się kończy. Panienka albo dostanie przedwcześnie orgazmu, albo zejdzie z fali i już na nią nie wróci, a jeśli jest niedoświadczona, może się już nigdy więcej na taką zabawę nie zgodzić. Bo to jest naprawdę ostra jazda – również po psychice dziewczyny. W dodatku o zwykłym dymanku w dalszej części spotkania będzie można tylko pomarzyć, a panna wybita z rytmu i przedwcześnie sprowadzona na ziemię będzie mocno rozdrażniona. Kobieta, szczególnie podniecona, to delikatny instrument, a rozbudzona do granic wytrzymałości tym bardziej wymaga kontroli i odpowiedniego poprowadzenia zabawy. W danym momencie z panienką, a właściwie na panience bawi się tylko jeden koleś. Nikt więcej jej nie dotyka. Zabawa skończy się również, gdy jakiemuś kretynowi przyjdzie do głowy w tym czasie pakować dziewczynie chuja do ust. Do tego dochodzi odpowiednio długa gra wstępna z bardzo powolnym podnoszeniem napięcia erotycznego i krótkimi, ale dostatecznie częstymi chwilami odpoczynku, aby ciało dziewczyny miało możliwość dodatkowego „naładowania się” przed finalną akcją. Całość to długa i mozolna robota, wymagająca wyobraźni, doświadczenia i stałej obserwacji dziewczyny w trakcie rozwijającej się zabawy. Dziewczynie trzeba zapewnić maksymalny komfort i poczucie bezpieczeństwa, żeby jak najmniej zastanawiała się nad tym, co się z nią wyprawia. Trzeba w pewnym sensie uśpić jej czujność. No i coś takiego można zrobić tylko wtedy, gdy w akcji bierze udział jej stały partner. Zapomnijcie o rozrywkowych, ale samotnych panienkach, bo one siłą rzeczy muszą się zawsze przynajmniej trochę kontrolować (mimo że mogą udawać coś zupełnie odwrotnego). Dziewczyna musi mieć przy sobie cały czas swojego faceta, ewentualnie kogoś innego bliskiego, z którym współżyje i do którego ma pełne zaufanie, np. przyjaciela albo opiekuna. Odpada również alkohol, nawet jeden drink, bo nie o takie rozluźnienie tu chodzi. Co prawda po alko wzrasta dostępność dziewczyny, ale spada jej sensoryczność i wydajność oszołomionego mózgu, a tu wszystko od początku do końca będzie się działo przede wszystkim w jej głowie i dopiero stamtąd będą się rozchodzić impulsy po całym jej ciele.

Wszystko jednak wynagradza późniejsza długa, bywa, że wielogodzinna jazda na rozgrzanej do granic możliwości panience, strasznie mokrej w środku, na zewnątrz równie mocno spoconej, a jej ciało i w środku, i na zewnątrz jest gorące niczym żelazko. Dlatego najlepiej jest, jak faceci jeżdżą po niej po prostu całym swoim nagim ciałem. Gadać do dziewczyny nie ma wtedy sensu, bo ona i tak nic nie słyszy, będąc w zupełnie innym wymiarze, natomiast panowie mogą w tym czasie swobodnie wymieniać między sobą uwagi. Na koniec, gdy dziewczyna dojdzie, już jej nie dotykamy, bo jej niezwykle unerwiona wtedy i ukrwiona skóra będzie długo wracać do normy. Bywa, że bezpośrednio po takiej zabawie cała skóra dziewczyny jest czerwona.

Oczywiście, co jest zawsze konieczne w zabawach grupowych, gdy dziewczyna wróci już na ziemię, jej stały partner musi ją przytulić, pocałować i naopowiadać jakichś głupot, że była wspaniała, zapewnić, że ją jeszcze bardziej kocha po tym wszystkim i takie tam różne inne pierdolety. O tym trzeba wiedzieć. Tego po prostu trzeba się nauczyć i o tym pamiętać, bo to dla panienki ważne. Coś za coś. My byśmy już chcieli odpocząć, ale dupy są niestety inaczej skonstruowane, trzeba więc na koniec jeszcze się trochę poświęcić, wysilić i to zrobić, jeśli chcecie mieć swoją dupę nadal, a w szczególności, jeśli planujecie w przyszłości znowu poużywać jej w większym gronie.

Facetowi wystarczy, że powie dupie jeden raz na całe życie, że ją kocha. Całkiem możliwe, że nawet szczerze. Dziewczyna natomiast po takiej zabawie wymaga powtórki całej deklaracji i koniecznie trzeba gdzieś wpleść słowa „jesteś moja”. No i oczywiście poprzytulać tak jak pieska. Nie pytajcie dlaczego. One po prostu tak mają.

Trzeba też pamiętać, że dziewczyna może zostać zaspokojona na ładnych parę dni, a zwykłe libido wrócić nawet po tygodniu. Dziewczyna będzie w tym czasie bardziej wrażliwa na dotyk i inne bodźce. Psychicznie też może potrzebować kilku dni wyciszenia. Najlepiej dać jej spokój i niech się sama regeneruje, a jeśli mieszkacie razem z dziewczyną, to po prostu zajmijcie się swoimi sprawami. Aczkolwiek lepiej siedzieć w domu, niech się czuje bezpiecznie i wie, że jesteście gdzieś obok. Natomiast na powtórkę takiej akcji będzie trzeba poczekać czasami nawet znacznie dłużej. Wszystko zależy od panienki, ale bywa, że niektóre dziewczyny, szczególnie te niedoświadczone w eksperymentowaniu, są w stanie powtórzyć taki numer dopiero po wielu miesiącach. Pary, które lubią się bawić – wiadomo, szybko wracają do formy, ale na pewno nie na drugi dzień.