WRZEŚNIOWY WIECZÓR

Podeszła do okna. Padał wieczorny deszcz. Było mokro i przyjemnie. Chyba dlatego, że nie było wiatru. Nie żałowała świeżo umytych szyb. O tej porze roku i tak wszystkie obowiązki w domu kojarzyły jej się z przyjemnością. Otwarte okno, wiatr, gałęzie drzewa i hałasujące ptaki. I tak miała co robić. CZEKAŁA NA NIEGO. Wracał codziennie, czasem zaraz po pracy, czasem gdzieś później wieczorem. Ale wracał zawsze. Nie pytała nigdy co robił, i tak zawsze jej mówił. Nie teraz, to później, za chwilę, przed snem, a może jutro. Czasami sobie coś przypominał dopiero po tygodniu. Ona wszystko pamiętała, nigdy się na nim nie zawiodła, a żyła przecież jego życiem. Tylko jego. Roztopiła się w nim i było jej z tym dobrze.

W ich mieście wszystko było stare, ciche i łagodne. Z murów osypywał się tynk, ale cegła swoją zdrową czerwienią oddawała poczucie stałości. To tylko drobne zmiany, może i liczone w dziesięciolecia, opadały ze ścian jak we wszystkich miastach tego chorego ustroju, o którym już nikt nie chciał pamiętać. Wszędzie wokół wszystko biegło szaleńczym pędem do przodu. W ich mieście i w ich domu zawsze było jak dawniej, wiec nie było czego gonić. Małe miasto na uboczu.

W przedwieczornej szarówce wyłonili się zza rogu obje. On ją tak jakoś dziwnie przytulał. Może nie. Obejmował. Starszy mężczyzna i młoda dziewczyna. Wyraźnie nad nią dominował, choć byli prawie tego samego wzrostu. Nawet w ich chodzie było coś zwracającego uwagę. To dziwne, że widać w ludziach, że przed chwilą z sobą rozmawiali. Musieli o czymś ważnym. Przynajmniej dla nich. Patrząc z boku na ludzi, tyle spraw wydaje nam się przecież małostkowych, banalnych albo po prostu śmiesznych. Wiemy, że i oni będą się kiedyś z tego śmiali. O ile nie zdążą zapomnieć…

Stał na progu balkonu i palił papierosa… KOCHAM CIĘ! – rzuciła za nim, ale tak cicho, że nie dosłyszał. Doleciało tylko do jego skóry, tuż przy uchu, na karku. Przylepiło się i zostało. Wtuliła się w to miejsce. Skórę miał już popękaną, traciła swoją pomarańcz, zmieniała się w szarzejąca twardość, a siwe włosy powoli skręcały się coraz bardziej i twardniały. Starzeli się oboje. I jej się to ciągle podobało. Cały czas. Była taka szczęśliwa…

Milczał. Myślał o czymś. Zajęty własnymi myślami przesunął tylko rękę do tyłu i machinalnie pogładził ja po plecach. Wiedział, że przed snem przytuli ją do siebie i będzie czuł, jak ona znika, jakby wsysał ją w siebie, ogarniał zewsząd, aż zniknie i zostanie tyko on.

A ona w nim…

Ale teraz myślał jeszcze przez chwilę o tamtej dziewczynie…