Nie był mężczyzną marzeń wszystkich niewiast starych, jak i młodych, nie mniej jednak wyraźne rysy niemalże symbolizowały sympatycznego miłego jegomościa koło czterdziestki. Czy Irmina Fomento była dumna z okiełznania Brutusa Gonito do roli psa, odpowiedź brzmiała — zdecydowanie tak! Pomykali autostradą dobre sto kilometrów z drobniutkim haczykiem. Zjazdem wydostali się na przepiękną szosę wijącą się wśród lasów iglastych gdzieniegdzie poprzecinanych pasami niższej zieleniny bujnie kwitnącej po sporych opadach deszczu. Nie rozumiała, dlaczego Oskara Nertos nie zdyscyplinowała do zrobienia prawa jazdy? Chłopak winien zostać jej szoferem, natychmiast po powrocie trafi na kurs kierowców, jak postanowiła, tak pewnie zrobi. Brutus wierny sługus zaoferował w ramach darowizny za symboliczną złotówkę domek letniskowy w przepięknym miejscu jak do tej pory widzianym jedynie na zdjęciach. Sporządzoną umowę podarunku przefiltrowali prawnicy, nie dopatrzyli się nieścisłości, a więc natychmiast przygarnęła spory majątek pod tyłeczek, pozwoliła kundlowi na okazanie całkowitej służalczości poprzez drobne pocałunki jej stóp… i tak oto zbliżali się do sporego jeziora otoczonego lasami przedzielonymi pagórkami.
   Stała od dłuższego czasu w tym samym szczególnym miejscu po wjechaniu na teren posesji swoim niemieckim cudem techniki marki Audi, Brutus z gracją niezłego tancerza zaprowadził Irmę nieopodal na szczyt wzniesienia. To, co zobaczyła, zaparło dech w sporych piersiach wyraźnie sterczących bez zbytecznego stanika. Obezwładniła panorama wolno zachodzącego Słońca za nieskończonym kresem jeziora, ze sporą liczbą żaglówek pokrywających akwen niczym barwny kwiatostan, w dali potężne góry z widocznymi wierzchołkami w bielutkiej poświacie śniegu utrzymującego się cały rok. Miała ochotę upaść na kolana z wrażenia, ale tylko z wdzięczności wtuliła się w faceta stojącego tuż obok ze spuszczoną głową, nie mogła uwierzyć, cały rozległy teren z letniskowym domkiem piętrowym z nieopodal zamaskowanym w pagórku garażem należy do niej?

   — Weź mnie na ręce, nie chcę sama przekraczać progu — zrezygnowała na chwile z totalnej dominacji; tłumacząc się chwilą.

   Domek całkowicie wykonany z drewna wyglądał przepysznie niczym czekoladowy skansen dla elity ze świecznika władzy. Spory salon z otwartą kuchnią z wyspą pośrodku robił imponujące wrażenie, zmrożony szampan w sporym naczyniu zapraszał do opróżnienia, bez słów otworzyła, po łyku poczęstowała Brutusa, wlewała prosto w rozwarte usta zwierzaka. Uznała, że czas zakończyć przedstawienie! Wskazała poddanemu paluszkami miejsce tuż przed sobą, gdy posłusznie opadł do pozycji psa, rozpoczęła monolog.

   — Ubierz wymagany uległością strój po rozpakowaniu bagaży.
   — W trakcie naszych pobytów na letnisku będziesz mieszkał w przybudówce obok garażu, toaleta z kiblem wsparta zestawem do mycia auta doskonale spełni twoje oczekiwania.
   — Wdziej na pysk maskę psa, do obroży umocuj łańcuch, będziesz wyłącznie na czworaka się poruszał w obrębie posiadłości.
   — Posiłki żresz z miski na werandzie lub w garażu w okolicy materaca, na którym będziesz spał.

   Wieczór był podobnie jak dzień ciepły wręcz gorący, powoli podchodziła do biernego w samej białej koszulce praktycznie niezasłaniającej wspaniałości kobiecości, majtki z biustonoszem uznała za zbyteczny balast na łonie natury, gołe stopy omiatała idealnie utrzymana warstwa milutkiej trawy pokrywającej wjazd do garażu. Rzuciła pod pysk zwierzaka dzwoneczki ratunkowe, gdy ból przekroczy granice jego wytrzymałości… dopiero teraz dostrzegł spory bat, który ciągnęła za sobą.
   Bezpośrednio po zajęciu pozycji u stóp wszechwładnej skulił głowę, którą osłaniał ramionami, wówczas przystąpiła do wymierzania bolesnej chłosty. Biła długo bardzo mocno nawet po usłyszeniu dzwoneczków nawołujących do wytchnienia dla uniżonego. W przerwach uciskała nogą kark oddanego kundla, tłumaczyła kolejne zasady do przestrzegania na drodze do pełnej automatycznej służalczości. Czterdziestoletniego jegomościa prawie dwukrotnie starszego traktowała jak śmiecia, pomimo podarowania posiadłości sporo wartej, pewnie zabezpieczającej byt po kres życia.

   — Żebyś nie zapomniał, kim dla mnie jesteś, połóż się na grzbiecie… — nie dokończyła, zaczął skomleć.
   — Pani Irmo proszę, błagam… — jeno pokazała paluszkiem glebę obok garażu.

   Ciepły lekko żółty mocz pokrywał twarz kornego Brutusa, gdy wlewał się w rozwarte usta, zaczął się krztusić. Ostatnie krople wymierzyła centralnie w czoło debila. Odchodząc do wspaniałości pałacyku ze snu, oczami wyobraźni widziała siebie w sypialni na piętrze, gdy opuszcza sporą wannę, by opaść na cudo stojące w kroku Oskara — Wera liże anus…

CDN

źródło: https://www.sexopowiadania.pl/