Świat w ciągu dosłownie tygodnia legł w gruzach, znana cywilizacja oparta na energii wydobywanej z Ziemi przestała istnieć. Wyplute ze złowrogiego gardła na Dalekim Wschodzie oznaki nowego porządku, zniszczyły wszelkie przejawy namiętnego życia, w pierwszej fali uległo anihilacji najwspanialsze osiągnięcie ludzkości — miłość. Nie zważając na wiek, kolor skóry, wyznanie toczył się walec eksterminacji. W ciągu kilku lat przetoczył się przez Azję, zebrał obfite żniwo, jednocześnie pustoszył Oceanię, Australię nic ani nikt nie był w stanie położyć kres przemarszowi mrocznego kosiarza. Populacja ludzi w zastraszającym tempie spadła do najniższej w dziejach, osiemdziesiąt procent mężczyzn rozpłynęło się bezpowrotnie, przy zgoła trzydziestu procentach kobiet było zastanawiające, ale nie było komu się nad tym głowić. Powstawały enklawy zarządzane twardą dłonią nowo powstałej kasty — Strażniczek Prawa. Rola i przywileje mężczyzn zostały ograniczone do wykonywania poleceń. Harowali w powstałych strefach położonych w zamkniętych obszarach, obarczeni winą za powstałe niedogodności. Karceni dotkliwie za byle przewinienie trwali w upodleniu ciężkiej pracy na rzecz kasty Strażniczek Prawa. Kontrola narodzin sprowadzała się do rozdzielenia noworodków płci męskiej od pół rodzinny. Znikali w przepasanych szkołach kształcenia roboli do najcięższych prac. Wybrańcy służyli jako reproduktory gatunku ludzkiego, ewentualnie zasilali domy uciech cielesnych dla wszechwładnych pozostałych na wolności kobiet. Jakiekolwiek samodzielne myślenie było surowo zabronione pod groźbą kary, w postaci publicznej makabrycznej chłosty, którą nieliczni przeżywali. Szybko i sprawnie nadzorujące wetknęły w głowy ocalałych, komplet uległości zapewniający całkowitą dominację nad pozostałymi na wolnym wybiegu jak raczyły określać niezakwaterowanych w centrach fabrycznych lub fermach hodowlanych. Butni zniknęli w ciągu kilku lat w odmętach podziemnych kompleksów manufaktur wyniszczających wszelkie przejawy oporu, tyrali pozbawieni odrobiny światła słonecznego. Chłopcy egzystowali w specjalistycznych placówkach wychowujących na kornych posłusznych niewolników na potrzeby władającej kasty. Współpracujące niewiasty z opornymi mężczyznami podzieliły ich los, trafiały najczęściej na podmiejskie zamknięte fermy. Po niespełna dziesięciu latach ogólna światowa czystka pozostawiła śladowe ilości mężczyzn, służyli w agencjach zabaw erotycznych, stanowiących cichą wydajną fabrykę przyszłych roboli. Pozostali budowali królestwo Amazonek zwane wielokrotnie w całej dostępnej przestrzeni — Dominium.


   — Widzialność jako najniższy stopień ślepoty — usłyszałem skrawek raportu szeryfa po wypadku drogowym spowodowanym przez panią burmistrz naszego pięknego miasta.
   — Odurzona mikroskopijną dawką alkoholu nie zauważyła przechodzącego o niewłaściwej porze obywatela płci męskiej w słabo oświetlonym przejściu nie dla niego.

   Przedstawicielka prawodawstwa w departamencie policji szeryf Ohara skwitowała zamaszystym podpisem raport, oznajmiła niezainteresowanym współpracowniczkom całkowitą niezaprzeczalną winne mężczyzny, który wtargnął, gdzie nie powinien! Kasta strażniczek poruszała się w mundurach składających się z krótkich plisowanych spódniczek, w czarną kratę lub białą zależy od punktu patrzenia. W zadziwiający sposób wszystkie obdarzone wydatnym biustem skrytym pod obcisłymi czarnymi bluzkami z rękawami za łokieć. Spięte pasem z podstawowym wyposażeniem — wydajny paralizator, bat dla krnąbrnych oraz zestaw kajdanek dla niepokornych.
   Calutkie zajście poznałem, będąc akurat aresztowany za nieustąpienie przejścia pani pod wpływem alkoholu, która wracała stargana życiem z pobliskiego baru. Przemieszczała się całą szerokością chodnika — zamiast położyć się na ziemi, coby upadając, nie wpadła do kałuży, w chamski sposób udawałem, że nie widzę. Nie miałem szansy na obronę swoich racji, trzymany pod butem wbijającym twarz w podłogę. Mogłem się wyłącznie przysłuchiwać, w zasadzie szczęśliwy, że nie zostałem spętany kajdanami żelaznymi, nie wpadłem w kleszcze smyczy z bolesnymi kolcami na obroży. Kara za przewinienie nie była sroga, obyło się bez chłostania, jedynie przez pięć lat miałem wykonywać wszystkie polecenia podchmielonej niewiasty wracającej z baru. Począwszy od świtu dnia następnego, na kolanach przed drzwiami jej domostwa miałem oczekiwać zapatrywań białogłowy. Dostałem potężnego kopa w krocze, wyskoczyłem z ośrodka władzy jak piłka na aut w starodawnych filmach.
   Wracałem obrzeżami miasta przeznaczonymi dla osobników płci męskiej, ścisłe centrum było wyłącznie dla zmysłowych, pachnących życiem, niebywale zgrabnych pełnych hegemonii bab. Niewolnicy zaglądali do miasta, jedynie służąc nadzorcą. Pechowo wracałem po nocnej orgii zapewniającej pani burmistrz nieprzerwany ciąg orgazmów. Nie zauważyłem babsztyla wracającego z baru pijanego w sztok z nosem przy ziemi. Pomyślałem, że to ogromny pies się zawieruszył. Napatoczyła się kobieta z rewolwerem, użyła sztywnej smyczy, prowadziła przez resztę miasta na metalowym pręcie jak groźne zwierzę. Spojrzawszy na zegar na Ratuszu, znacznie przyspieszyłem kroku do budy z desek, aby choć trochę złapać snu przed odpracowaniem niebywałego przewinienia.

   Kiwałem się na kolanach przed drzwiami niczym strach na wróble w samym centrum pola z niczym, po chwili chciałem pić, wyschłem na suchy wiór po nocnych wydarzeniach, głodny niczym stado wilków. Toaleta była pragnieniem od dłuższego czasu, nie wspomnę o marzeniu — wykąpaniu się w pełnej wannie nie tylko suchych liści.

   — Ułaskawimy za dobre sprawowanie — usłyszałem Strażniczki Prawa za plecami, przytuliłem głowę do ziemi — wsparła buta na plecach, boleśnie wdzierając się coraz głębiej.
   — Punktualnie przybyłeś, odbyć zasłużoną karę w nagrodę nie wychłostamy — usłyszałem na odchodne.

   — Co to za wrzaski skoro świt? — jakaś czarownica pozbawiona miotły wyrosła w rozwartych wierzejach domostwa. Przebudziło się zjawisko z wczorajszym nosem przy ziemi wzięte za ogromnego psa, patrzyła na klęczącego jak na czubka z domu wariatów.

   — O pani moja — zacząłem teatralnie. — Przybyłem odbyć zasłużoną karą, spełniając oczekiwania.
   — Z jakiej planety głuptasie spadłeś? Gadasz jak odmieniec — w końcu załapała, zaczęła kręcić nosem.
   — Zacznij od toalety na końcu korytarza po lewej stronie — wskazała nogą drogę.
   — Jedyne drzwi zamknięte prowadzą do pokoju zmarłego męża, dobierz coś do ubrania, wyglądasz jak skrawek materiału nikomu niepotrzebnego.
   — Przygotowuję akurat śniadanie, zapraszam niedobitka męskiego po toalecie — dodała zdecydowanie głośniej.

   Nawet słowa wymówki nie usłyszałem z ust białogłowy po blisko godzinnym leżakowaniu w wannie. Szedłem wiedziony wspaniałym zapachem jadła, z dozą niesmaku zobaczyłem miskę pod stołem w kuchni. Rzuciła łyżkę na podłogę, dziwnie łupiąc gałkami ocznymi, chciałem opaść pod stół, byleby w końcu napełnić żołądek — powstrzymała, łapiąc za rękę.

   — Nie mogłeś wiedzieć, ubrałeś ulubione spodnie z koszulą zmarłego męża, sądząc po wymiarach karabin w rozporku bliźniaczo podobny.
   — Siadaj przy stole, zapomnij o braku ogłady towarzyskiej, przygotuję owsiankę z kanapkami, pomyje spod stołu wylej do muszli.
   — Z racji nieznajomości ciężkiej pracy w polu po śniadaniu przejdziesz przyspieszony kurs mało towarzyskiego tańca bez różańca.
   — Pracujesz po śniadaniu do obiadu o szesnastej, później dodatkowa praca lub czasem ze względu na pogodę odpoczynek do kolacji o dwudziestej.
   — Po kolacji zajęcia różne zależy od zachcianek, sen i znowu to samo.
   — Zwracaj się do mnie pani Aldono, przebiorę się do szkolenia pracownika rolnego.

   Kończąc kawkę po śniadaniu, mało co nie wyleciała filiżanka z rąk, zobaczyłem wczorajsze zjawisko a dzisiejsze objawienie. Włożyła doskonale obcisłe białe spodnie wpadające w wysokie buty za kolana. W miarę luźna bluzeczka na guziki doskonale podkreślała cudowne piersi, pojawiły się długie blond włosy za ramiona, całość widoku popsuł bat w dłoni.

   — Wstawaj czas na naukę tańca.

   Wdziała mi na głowę maskę z twarzą konia, zapięła rzemienie na karku, w pysk wcisnęła wędzidło połączone z wodzami. Krótki spacerek na polankę ze świeżo skoszoną trawą uzmysłowił zamiary Amazonki z pola bez kukurydzy.

   — Wykonuj dokładnie polecenia, a bat ominie.
   — Galop koniku — stałem się dwunożnym ogierem.

   Co do ominięcia bata to żart wymierzała sukcesywnie razy z zegarkiem na ręce, biła boleśnie po nogach, wydając co rusz nowe komendy. Biegałem w kółko jak pojeb według jej rozkładu jazdy, wydała nakaz — nogi wysoko równocześnie smagała, mało co nie wywróciła się ze śmiechu, patrząc na poczynania rączej szkapy na dwóch kończynach.

   — Pojąłeś zasady bardzo szybko, co zadowala, będziesz orał do wieczora, po przeciwnej stronie pola są butelki z wodą do picia, wolno odpoczywać do pięciu minut.
   — Za opieszałość wymierzę karę chłosty, do wieczora musisz wypracować ustaloną normę przez poprzedników — popatrzyła na pobliski pagórek, nie pytałem, co na nim jest.

   Zmieniła wodze na rzemienie opinające ramiona z plecami, przymocowała ciężki paskudny pług do orania, krótko mocno walnęła batem w powietrzu z hasłem.

   — Jazda!

   Oddalała się dostojnie w kierunku domu, rozpocząłem nierówny pojedynek nie z polem, ale z samym sobą. Większość krzyczała — zwiewaj, gdzie pieprz rośnie, powieś się na pierwszym napotkanym drzewie. Nie w takich trudnych momentach byłem w tym wspaniałym świecie, aby od razu sięgać po ostateczne rozwiązania. Co nie wywróci to wzmocni, praca fizyczna wyrabia hart ducha — sam nie wierzyłem w bzdury, którymi zaczął karmić mózg, krzyczał rozpaczliwie: ODPOCZYNKU! Nie piłem za wiele, nie przystawałem — pot by zalał, organizm wysiadł.

   — Nie wiem, jak to robisz, ale pracujesz idealnie jak zmarły mąż, jego straciłam, nie dam takiej możliwości tobie — tylko słyszałem głos, pot zalewał dotkliwie oczy.
   — Ciągnąc dwukółkę, zawieziesz nad jezioro, pozwolę odpocząć do obiadu, wykonałeś dzienną normę w ciągu kilku godzin, nie uciekniesz, gdzie nie sięgam cwaniaczku.

   I tyle z pomysłu dezercji na tamten świat. Galopowałem z panią stojącą w małym rozkroku na dwukółce, prowadzony wodzami z ustaloną batem prędkością biegu konia na dwóch nogach. Bezpośrednio, gdy uwolniła od przeklętych rzemieni zniszczone ciało, padłem w ciemną otchłań jeziora nie wynurzając głowy.

   — Przestań się tak zachowywać, chcesz umrzeć? — usłyszałem, gdy zadarła za włosy głowę ponad taflę wody.
   — Tak, wolałbym zdechnąć niż żyć w upodleniu!

   Patrzyła stanowczo za długo w zmęczone oczy, jakby odległe, jakby żyjące gdzieś, wyglądałem, jakbym był, a tak naprawdę to mnie nie ma.


   Wracaliśmy niczym para nieprzyjaciół, będąca przyjaciółmi. Praca w polu jako koń była mniej wyczerpująca od ciągnięcia ​dwukółki. Jeszcze kilka takich wypadów relaksujących, a wpadnę do dołu na pagórku z krzyżem. Powrót znad jeziora był podejrzany, nie przytwierdziła skołatanego ciała do karety, jedynie ciągnąłem, żeby bryczka nie została nad wodą. Szła spacerkiem po drugiej stronie alejki, zerkała od czasu do czasu, jakby sprawdzała, czy nie wymagam przerwy na odpoczynek. Bat spoczywał w dwukółce, lukał nieuprzejmie w moją stronę, zdawał się mówić „nie martw się, jeszcze powrócę”.

   — Zaprzestaniesz morderczej pracy w polu prowadzącej do grobu, zajmiesz się szeroko rozumianą konserwacją!
   — Zamieszkasz w pokoju po mężu z łazienką na wprost, najnormalniej w świecie zaopiekujesz się, jak potrafisz nowym domem.
   — Na ekranie dotykowym na lodówce zamówisz niezbędne materiały do konserwacji, podobnie zestawy narzędzi.
   — Zamów sobie co uznasz za stosowne do ubrania, wszystko, co potrzebujesz i pragniesz.
   — Chcę widzieć szczęśliwego, a nie próbującego umrzeć.
   — Odprowadź dwukółkę do garażu, czasem zawieziesz nad jezioro, tak śmiesznie biegasz z nogami do góry, że nie mogę powstrzymać śmiechu, bat wydaje się zbytecznym elementem w domu — uśmiechała się, a mnie nachodziły podejrzenia, że z nią jest coś nie halo…
   — Później przyjdź do budynku w oddali, muszę wszystko opowiedzieć, cenię szczerość, nie wybaczyłabym sobie, jakbyś dowiedział się od osób trzecich wypaczonej prawdy na mój temat.

   — Mąż nigdy nie jeździł do miasta, uważał świat za całkowicie pojebany, powystrzelałby wszystkie strażniczki.
   — Musiałam wyjechać, w tym czasie wysiadł generator prądu, po części pojechał do Dominium.
   — Natknął się na czyhające strażniczki, nie oddał należnego hołdu, padając na twarz.
   — Zaczęły się nad nim pastwić we trzy, aż nie padł nieruchomo na ziemię, po chwili okładały leżącego w wiadomym celu.
   — Zdołał się podnieść, stanął ze słowami na ustach — „nie odejdę na kolanach” po chwili padł martwy.
   — Po śmierci ukochanego tonęłam w morzu alkoholu.
   — W stworzonej farmie niewolnicy spali na betonie w kojcach dla zwierząt, na końcu otwór w ziemi to ubikacja, łazienkę stanowiło wiadro z wodą, na wprost stołek z ohydną miską, wewnątrz drewniana łyżka na łańcuszku — to jadalnia.
   — Skuwałam kajdanami ręce i nogi na szyję trafiała metalowa ohydna obroża uwiązana do ściany na tyle długim łańcuchem, żeby wystarczył do kozła ofiarnego w centrum budynku.
   — Przykutych biczowałam do utraty nie ich a swojego tchu, najczęściej pozostawali na koźle, by później trafić do dołu.
   — Przychodziłam o różnych porach nocy, wybierałam wybiórczo jeńca, przytwierdzonego do kozła dusiłam sznurkiem, bardzo wolno siedząc na nim okrakiem.
   — Reszta zniewolonych w ilości od kilku do kilkunastu lizała moje stopy, prosząc o łaskę, na jednego paluszka przypadały jedne usta.
   — Wyobraź sobie skomasowane ciała walczące o litość dla powoli gasnącego w dłoniach.
   — Sporadycznie uwalniałam nieszczęśnika.

   Więcej nie słyszałem, omsknąłem się po ściance kojca na posadzkę, po minucie doszedłem do siebie, zanosiłem się spazmatycznym płaczem nie rozpaczy, o nie!
   To był płacz nie mocy.
   Wiedziałem, że jak uniosę wzrok z gleby, ukatrupię potwora w spódnicy. Pewnie nie wiele brakowało, a dzisiaj byłbym najważniejszym gościem z łańcuchami na kończynach.

   — W nocy zrobiło się jasno jak w dzień, wyszłam przed dom kompletnie zaskoczona na szczęście trzeźwa w miarę.
   — W dali nieopodal pagórka z dołami majaczyła poświata idealnie białej plamy jasności, po kilku sekundach znikła.
   — Nikt prócz mnie nie zauważył, uznali za pijackie amoki.
   — W dzień uwolniłam wszystkich niewolników, nie życząc sobie kiedykolwiek żadnego.
   — Dlatego zaskoczył widok faceta na kolanach przed drzwiami ze wspaniałymi oczami w odcieniu lazuru morskiego.
   — Nie wiem, jak to robisz cwaniaczku, ale okręcasz mnie wokół paluszków, jak chcesz i kiedy chcesz.
   — Od zobaczenia ciebie nie mam ochoty na alkohol, nie wylewam, nie wyrzucam, widzę wszędzie w każdej szafce, w każdym łóżku, w każdej szufladzie, ale NIE PIJĘ!
   — Pierwszy raz w domu zabrzmiał od niepamiętnych czasów radosny mój śmiech, kiedy wróciłam po nauce tańca mało towarzyskiego z tobą w roli głównej.
   — Jak przypomnę sobie twoje nogi w górze, nie mogę przestać się rechotać.
   — Mam cały czas ochotę wpaść pod kocyk i pieprzyć się z tobą do nieprzytomności, ale nie jestem w stanie przekroczyć bariery, jakby nie było, jesteś niewolnikiem, nie będę wykorzystywać, żeby przykleić do pośladków, może jak strażniczki uwolnią.

   Uratowała skórę przed chęcią ukatrupienia poematu rozkoszy w spódnicy. Patrzyłem, na wspaniałości z zachwytem nie będę sam siebie oszukiwał, podbrzusze domagało się jej wszystkiego zewnętrznego, czarne wnętrze wolałem nie tykać. Wyszedłem, jak najszybciej na powietrze nie mogłem znieść widoku kojców męczeństwa.

   — Budynek rozbierzesz do ostatniej cegły, znajdziesz najładniejsze miejsce według upodobania i tam głęboko zakopiesz pozostałości, w tym miejscu stworzysz ogród marzeń.
   — Zanim będziesz chciał kiedykolwiek skierować kroki w inny świat, wpierw porozmawiaj, nie bój się, jestem wpierw kobietą a później nadzorcą.
   — Podobnie jak z męża, żeby słowo wydusić, ​ ​trzeba batem wokół poganiać — mało co ze śmiechu się nie wywróciła.


   Po wymianie połaci dachowej przy współpracy specjalistycznych firm przystąpiłem do remontu poddasza, zrobiłem dla chcących relaksu przy rozgwieżdżonym niebie kręcące się okrągłe łóżko.

   — Kierunek działania idealnie pokrywa się z zapatrywaniami na przyszłość — skwitowała.

   Momentalnie pobiegłem, jak najszybciej potrafiłem wskoczyć w lodowatą toń jeziora dla ostudzenia wzbierającej chęci zaistnienia w raju rozkoszy. W tym momencie zdecydowałem się na budowę basenu z lodowatą wodą, zanosiło się na coraz częstsze pokonywanie kilku kilometrów forsownym marszem. Malowałem pokój za pokojem, wymieniałem meble według gustu. Była zaskoczona, zafascynowana, na pewno zadowolona jej oczka świeciły się ze szczęścia. Biegała z komnaty do komnaty sprawdzając twardość dostępnych łóżek, kanap, foteli jakby coś planowała.
   Basen okazał się problemem dla karabinu w rozporku, samoistnie strzelał pociskami. Zupełnie nago zaczęła się opalać nad zbiornikiem z wodą. Nie reagowała na prośby, żeby coś przywdziała, zrzucała ręczniki, którymi odkrywałem. Modliłem się o ulewne deszcze, mróz, burze śnieżne, nic nie pomagało. Słońce grzało seksowne ciało, a mnie w rozporku rozpalało do czerwoności. Po pomalowaniu jednej ze ścian w domu znowu biegłem po ratunek, zanurzając się w lodowatej toni, więcej biegałem, niż malowałem.

   Wracając po chłodnej kąpieli w bezmiarze wody, z daleka dostrzegłem czterokołowiec Strażniczek Prawa. Przyspieszyłem maksymalnie, w pełnym biegu wpadłem rozpędem do basenu, po chwili wynurzyłem się z drugiej strony. Przywdziałem płaszcz kąpielowy, wylądowałem przed werandą tarasu, na którym sączyły napój. Opadłem na kolana, z twarzą przy ziemi składałem należny hołd, w ciszy oczekiwałem boskiego głosu. Poczułem buta na głowie, leciutko dociskał twarz do ziemi, druga wbijała buciora w plecy, boleśnie robiąc dziurę w psychice.

   — Wydaje się, że czas skupić się na sprawie przybycia — Aldona resztką sił powstrzymywała burzę prostującą maniery strażniczek.
   — Zmieniłeś się niebywale, z opalenizną wyglądasz jak Bóg olimpijski obdarzony pięknymi mięśniami, zawartość rozporka promienieje radością — wstając, zasłoniłem ręcznikiem pobudzonego do wrzenia między nogami.

   Wolałem patrzeć w ziemię niż coś palnąć nadającego się pod baty trzymane w dłoniach. Czarne rajstopy na długich zgrabnych nogach okryte króciutką w czarną krateczkę wyglądały apetycznie, fakt. Były niebywale groźne, mogły zadusić śmiałka dosłownie w kilka minut!l. Po sekundzie potrafiły obezwładnić sztywną metalową smyczą, aby zapoznać z katorgą.

   — W związku z pozytywną opinią pokrzywdzonej, zostajesz zwolniony z obowiązku przymusowych świadczeń.
   — Burmistrz miasta Dominium uwalnia — wyrecytowały skróconą do minimum regułę.
   — Wracamy do miasta, możesz zabrać się z nami — wręcz szczęśliwe oczekiwały donośnego, TAK!

   Widocznie pani burmistrz ma niebywałą ochotę na armatkę stojącą między nogami, dawno jej nie pieprzyłem w każdy możliwy otwór. Rozpalałem trzewia do czerwoności, igrałem kilka godzin w łóżku, po czym stygła w bezgłosie. W Dominium nie ma tajemnic, każdy wiedział, że dmucham przedstawicielkę najwyższej władzy w specjalnym apartamencie, w którym mieszkałem od czasu do czasu jak kanarek w złotej klatce. Pani z rewolwerem zwana szeryfem była nowa, dlatego nieopatrznie skazała na banicję, władza wykonawcza wyprostowała nieścisłości. Jadąc ze strażniczkami, skazuje ciało na ruchanie w aucie dwóch na raz lub po kolei. Widziałem w ich oczach, ochotę na ciekawe doznania. Zdałem sobie sprawę, że jestem wolny! Na chwilę, zaraz zostanę skazany za patrzenie w lewo, a nie w prawo i znowu męki obrywania za cokolwiek.
   
   — Mam kilka niedokończonych spraw w obecnym ośrodku odnowy, jak sfinalizuję, zamelduję się w centrum władzy Dominium, jednocześnie padnę do stóp pani burmistrz — po króciutkim pożegnaniu przedstawicielki kasty władzy wsiadły i pełnym gazem odjechały.

   Patrzyła wprost w oczy, szukała odpowiedzi — znalazła. Wtuliłem się w najwspanialszy kawałek nieba…